agusia pisze o wszystkim i o niczym …

takie tam moje pisanie … małe felietoniki albo inne “dziwne” rzeczy

Archiwum z styczeń, 2009

gorączka POŚlubna czyli wywody młodej żony cz.16

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 20 styczeń, 2009

Mój pies popełnił dziś okropne, wstretne świętokradztwo….

Wszytskiego mogłam się po niej spodziewać, ale takie coś zakrawa na kpinę i złośliwość psią.

Ja rozumiem, że ona nie lubi sama zostawać w domu. Rozumiem, że może czuć się wtedy samotna, opuszczona i tak dalej i tak dalej.
Nie za bardzo rozumiem niszczenie sprzetów domowych, otwieranie sobie kuchennych szuflad i zajdanie z nich wszytkich ciastek (oszczędziła jedynie czekoladę, której nie lubi), otwieranie sobie drzwi do łazienki i zabawa w rozplątywanie papieru toaletowego….wybaczyłam jej nawet kosmetyczkę z kosmetykami, wybaczyłam jej też otwarcie sobie drzwi do salonu i zjedzenie mojego ślicznego kwiatka….
…Ale to co zrobiła dzisiaj to okropieństwo, wredota i na prawdę….złośliwość w najczystszej postaci…

Otworzyła sobie…a raczej rozsunęła drzwi do szafy…i wyjęła z niej wielkie pudło z moimi torebkami.
Po czym torebki leżały bezbronne i wystraszone w całym niemal mieszkaniu a większość na psim posłaniu.
Jedna straciła rączkę a druga (zielona, piękna torebusia) została obgryziona z “dzyndzelków” na zamek…
Reszta biednych torebek leżała na ziemi, cała w kłakach i … podeptana.
Nie wiem. Nie wiem po prostu jak tak można.
Ma szczęście że butów nie ruszyła bo chyba bym psa w klatce zamknęła….z kieszonkowego mi przecież nie odkupi. Pozatym nie wiem czy byłaby szansa na odkupienie chociaż jednej pary czy torebki.

Bo kupowanie torebek i butów to proces złożony. Wcale nie tak prosty jakby mógłby się wydawać.
Nie wchodzi się ot tak do sklepu i nie mówi : poproszę tą torebkę albo te buty.
To nie tak działa.
To proces który wymaga sprytu, miłości, piękna i tego czegoś co jest w danej sztuce.
Wybór torebki nie jest szybkim impulsem ani zachcianką…to jest miłość. Ja widzę torebkę i wiem, że to ONA. Że własnie ta torebusia będzie moją ukochaną. (Każda z moich torebek jest ukochana i najpiękniejsza).
Na poszukiwaniu torebek spędzam więcej czasu niż na szukaniu butów. Chociaż i one muszą do mnie przemawiać…a przemawia do mnie co 3 para butów. Niestety, lub “stety” dla mojego portfela i mojej szafy, mam szpyrę jak kajak i nie każde buciki na mnie pasują.
Ale torebki … większość na półkach pozostaje kawałkiem materiału lub skóry, nie każda mówi: “zobacz jaka jestem śliczna, piękna, poręczna i pojemna”, nie każda kusi kolorem, dodatkiem lub wielkością.
Proces kupowania torebki zaczyna się od impulsu: czas na nową. Wtedy też zaczynam sobie myśleć jaka teraz będzie paradować na moim ramieniu i nosić niezliczoną ilość pierdół.
Potem przychodzi czas na poszukiwania. Czasami znajdę jakąś szybko a czasmi trwa to miesiąc lub nawet dłużej. Tu nie ma co się śmiać. Jeśli kupię torebkę, która tylko trochę mi się podoba lub jeśli jej czegoś brakuje, to gwarancja jej noszenia jest nikła. Raz czy dwa razy i koniec.
Ale jeśli znajdę TĄ JEDYNĄ to jestem w niebie. (swoją drogą czy w niebie są sklepy z torebkami??).

Mój mąż się ze mnie śmieje jak mówię do butów lub torebki. Czasmi żałuję, że nie można spać w nowej parze pięknych szpilek lub balerin….albo, że przytulanie się podczas snu do miękkiej torebki nie jest wygodne.

A mój pies…mój własny, prywatny pies, dopuścił się takiej zbrodni…

Obrażona jestem na nią.

Jak można…hmmm….

Opublikowany w Bez kategorii | Zostaw Komentarz »

gorączka POŚlubna czyli wywody młodej żony cz.15

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 16 styczeń, 2009

Jak to życie się układa. Całkiem inaczej niż sobie kiedyś planowaliśmy.

Okazuje się, że mamy całkiem inne priorytety i marzenia niż kila lat wcześniej (ewentualnie kilkanaście lat wcześniej, zależ od wieku obecnego ;) ).

Jakieś 8-9 lat temu (jesu jak dawno…) w głowie mi były przez kila lat imprezy, spotkania ze znajomymi, randki…mnóstwo randek (ahhh jak miło było być zdobywaną…), totalnie głupie pomysły, różnego rodzaju wyskoki, wracanie do domu późno :) , balowanie na plaży bądź jeśli była to zupełnie romantyczna randka to spacer po mokrym piasku nad morzem z księżycem w tle.
Nie w głowie mi były poważne związki, mieszkanie z kimś, dzieci i płacenie rachunków, o pracy nie wspomnę.

Żyło się chwilą. Chywtało się każdy dzień obiema rękami i wyciskało się z niego tyle, że można byłoby pomyśleć, że to ostatni dzień życia.

Pamiętam wycieczki z moją ówczesną “miłością” do bunkrów w lesie, i jak miło było być niesioną przez kałuże na bulwarze, żeby nie zmoczyć butów.
Teraz nie lubię być noszona na rękach a bunkry i spacery po górach dzięki którym można skręcić nogę już mnie nie interesują. Wtedy tylko na to czekałam.
Na pierwszy nieoczekiwany pocałunek, i na ten drugi na łące.

Kiedyś imprezowanie w każdy dzień weekendu był doładowaniem moich akumulatorów (chyba dobrze napisałam ;) ). Teraz każde wyjście do klubu zaczyna się od kalendarza i myślenia kiedy można by było pójść poszaleć. I już nie przy techno hehe, i już nie do 5 rano.

Albo jachty. Jedne, jedyne wakacje. Dzień w dzień jachty. (pozdrawiam łódkę BOLS).
Jak nie pucowanie go (przez co przez dobry tydzień nie mogłam się śmiać, tak miałam poobijane żebra od wiszenia na burcie, zaczepiona nogami o linki ), to pływanie po zatoce. Gdańsk, Sopot, Hel.
Poznaliśmy wtedy mnóstwo ludzi. Jednych widzieliśmy raz w życiu, innych może częściej. Ale było bajecznie.
Pamiętam sztorm, który nas dorwał. I jaka dobra zabawa była przy zmienianiu żagli i kiedy omal nad nie wywróciło. Heh. Taaak moi drodzy to była największa frajda na świecie. Adrenalina, ten kop który dodał skrzydeł.

Spotkania i wygłupy z przyjaciółmi. Codziennie coś nowego.
Nikt się nie przejmował pracą, domem, żoną czy mężem. Każdy żył na całego. Pieniądze jakoś zawsze były. Nie wiadomo skąd. Ale były: na piwko albo trzy, na wejście do dyskoteki, na życie pełną parą.

Wracając do randek, nawet śmiesznie jest powspominać te nieudane… Ile to razy trzeba było się szybko ewakułować z totalnej klapy. Bo ile można słuchać o grze z figurkami i rycerzami w którą chłopak grał z kolegami całe dnie i noce? Albo ile można słuchać przechwałek na temat jakich to się nie ma samochodów, pracy i kasy. Dajcie żyć.

I pierwsze miłości.
Trzymanie się za rekę, rozmowy o głupotach, pierwsze pocałunki, nieśmiałe spojrzenia, pierwsze poważne pytania.
Miłości miałam….czekajcie, trzeba to jakoś rozdrobnić bo wyjdzie, że każdego kochałam.
Jest zadurzenie, jest zakochanie i miłość.
Zadurzona to ja byłam milion razy. W koledze z klasy który nie zwracał na mnie uwagi lub w chłopaku z autobusu z którym jezdziłam do centrum (nie razem rzecz jasna) czy w przyjacielu, który uznawał mnie tylko jako przyjaciólkę i tak bywa.
Zakochana byłam 2 razy. W dwóch całkowicie różnych od siebie chłopakach. Całkowicie całkowicie różnych.
Ale miłość to coś innego. Miłość oddałam tylko jednemu mężczyźnie. Też całkowiecie innemu niż pozostali.
Jest moim mężem. Nie lubię go, ale kocham ;) .

i przestalam pamiętać o czym pisałam i do czego dążyłam….a priorytety….
Teraz moje priorytety i marzenia są inne.
Mam męża, psa i ładnie wyremontowane mieszkanko (co najważniejsze jest moje, i nie wzięte na kredyt).
Priorytetem są rachunki które trzeba zapłacić co miesiąc, zrobienie obiadu i kanapek do pracy dla mojego mężulka.
A marzenia? Mój własny pub który kiedyś otworzę. Dom z ogródkiem żeby pies mógł biegac i szaleć do woli, i żeby można było postawić w nim stół, krzesła i rozstawić grilla i zjeść coś pysznego ze znajomymi.
Marzeniem jest dziecko, o którym kiedyś nie chciałam słyszeć a teraz tak bardzo jest mi go brak.
Nie dużo kasy i zakupy bez opamiętania (ojjjj chciało by się….).I nie imprezy i randki co chwilę.

Jak to się życie zmienia prawda?

Opublikowany w Bez kategorii | Zostaw Komentarz »

gorączka POŚlubna czyli wywody młodej żony cz.14

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 15 styczeń, 2009

będę marudzić.

Taki mam dzień.

Jest brzydko, pada, chlupie w butach, słońca nie widać chociaż by się człowiek skichał.

I przez to wszytko bierze się we mnie dołek, chardra czy jakby to inaczej nazwać.

W pracy ciężki tydzień. Nawet nie, żeby moja praca była ciężka, szef mnie gnębił lub pracownicy byli okropni. Nie. Jest nawet na odwrót. Praca lekka, szef jest marzeniem każdego pracownika….co do reszty zatrudnionych można się spierać, ale żyć się da.
Ale tydzień był ciężki. Ja która od matematyki trzymam się z daleka, baaaardzo dalekiego daleka, musiałam liczyć, przeliczać, podliczać i obliczać jakieś głupoty, które potem idą w świat dalej. Niby po co komu wiadomość ile w moim miejscu pracy było dni przepracowanych przez wszytkich a ile wolnych, i po jaką cholerę komuś wiadomość ile z tych dni wolnych (nie liczymy oczywiście sobót, niedziel i świąt) było dni urlopowych i chorobowych…i żeby było piękniej, po jaką komu informacja rozdzielająca wszytkie powyższe dni na ilość dni ogółem a ilość dni przepracowanych przez dajmy na to pracowników fizycznych.
Robota głupiego. Bez sensu. I po co to komu? Chyba po to, żeby zawracac innym głowę takimi pasjonującymi liczbami.
A niech bóg ma w opiece tego komu wyszło czegoś za dużo lub za mało…zaraz jest telefon z gus i już chcą na teraz nowe, lepsze wyniki.
I pewnie liczyć trzeba znowu.
Grrrr…. Ale dałam radę, przeliczyłam wszystko od góry do dołu, z dołu do góry, ślęczałam nad katami pracy i innymi papierami…żeby było weselej z gorączką i czymś podobnym do grypy.

Łiiiii…..

A żeby tego było mało, mój pies zaczął znowu wariować.
Weterynarz nr 1 mówi: sterylizacja, ale na początek proponuję tabletki uspakajające. Weterynarz nr 2 mówi: tabletki i owszem, ale sterylizacja może nie pomóc. To co??? Ja mam biednego psa facerować lekami, po których wesoły, żywy pies wygląda jak zombie?
No i w sobotę jedziemy zrobić jej badania krwii bo oprócz rozrabiania coś jej jest.
I smutno mi bo to moje maleństwo kochane i z 30 kg schudło w miesiąc 5 kg (marzenia każdego na diecie ;) ).

I jest mi smutno z innego powodu też, ale nie chce mi się o tym pisać i o drugim powodzie też nie będę na razie nic pisać.
I nie chodzi tu o pieniądze ani o rzeczy przyziemne.

Bardziej o miłość, romantyzm, uczucie a w drugim powodzie o brak.
Dwie różne rzeczy, od razu mówię.

I brakuje mi przyjacół. Nie podoba mi się umawianie się na kawę z kalendarzem w ręku. Kiedyś było to bardziej proste.

I brakuje mi też głupich gadek i wygłupów i jachtów i lata.
I czami mi przychodzi dużo innych rzeczy i czasmi chciałabym wiedzieć i wyjaśnić inne sprawy.
I głupio się rozczuliłam.

A tak na marginesie pozdrawiam załogę jachtów ;) .
I Paddy :) , i Jajo :P (ty wiesz no nie ;) ) i Rafa i całą załogę BOLS.

Od razu mi się humor poprawił

Pomarudziłam.

Może mi trochę lepiej.

Poszłabym na drinka.

Opublikowany w coś i nic, po ślubie :) | Zostaw Komentarz »