Oj działo się ostatnio…. działo się.
Może nie tak jak bym chciała…o czym potem, ale się działo.
Skończyliśmy remont. Nareszcie…ile można było. Faktem jest, że zostały kosmetyczne poprawki, ale parapetówkę już zrobiliśmy. Alkoholowo było, na szczęście następnego remontu nie trzeba robić.
Pokłóciłam się na amen z kimś kto wydawał mi się być przyjacielem, ściślej przyjaciółką. Jak to jest, że nie robiąc nic złego, nie zdradzając tajemnic, broniąc kogoś itp itd można zostać posądzonym o różne rzeczy, potem dowiedzieć się, że nigdy nie było się nikim ważnym w życiu drugiej osoby i na koniec dowiedzieć się, że tak czy siak owa persona nie chce mieć z tobą nic wspólnego?
Cóż. Jeśli nie wiecie to fajnie. Ja już się dowiedziałam.
Nie powiem, bolało. Nie powiem, czuję się obrażona wielce, urażona jeszcze bardziej i cholernie zniechęcona. Na całe szczęście mam kilku dobrych znajomych i wypróbowanych przyjaciół i nie muszę się nikogo prosić o przyjaźń. Nie robiłam tego NIGDY i nie będę NIGDY robić. Jak to się mówi: nie muszę nikogo prosić o przyjaźń. Jak komuś coś nie pasuje to pa. Żadnego zmuszania, gadania i proszenia.
Ale powiem wam coś…przejedzie się ta osoba na tych swoich podobno znajomych i nie będzie miała się potem do kogo zwrócić. A moje drzwi na zawsze zostały zamknięte.
Przynajmniej na teraz.
Zazdroszczę.
Zazdroszczę ludziom którzy mają marzenia i je spełniają.
Właśnie tak sobie patrzyłam na blogi kolegów z podstawówki.
Podróżują. I to nie byle gdzie. W piękne, nieznajome, pełne zapachów, ludzi i przygody miejsca.
Oglądają, fotografują, mają wspomnienia barwne jak motyl, widzieli tyle miejsc i rzeczy.
Jak ja bym tak chciała…a tu ciągle coś.
Pozatym widze mojego męża jak podróżuje ze mna np do wietnamu lub w głębie Afryki.
Zresztą siebie też “widzę”. Jak śpię pod namiotem albo w pokoju bez łazienki. Jak obsiada mnie pełno komarów albo innych orzydliwych stworzeń.
Marudzę wiem. Zazdroszczę. Oczywiście. Bardzo. I odwagi i ochoty i spełniania tego czego się chce.
Moim marzeniem jest wycieczka na Hawaje do All Inclusive gdzie z drinkiem pod palmą mogłabym podziwiać błekit morza i biel fali, a słońce delikatnie pieściłoby moją skórę (teraz biała jak u Śnieżki, a po Hawajach zapewne brązową i pachnącą kokosem).
Jedzenie wszystkich pysznych dań każdej kuchni świata.
Wąchanie przypraw na bazarach i podziwianie tego czego nigdy nie zobaczyłabym tutaj.
Cóż.
Pojadę. Kiedyś.
Jak spłacimy kredyt za remont.
A co.
