agusia pisze o wszystkim i o niczym …

takie tam moje pisanie … małe felietoniki albo inne “dziwne” rzeczy

Z serii zrób to sam – kuchnia nie gryzie – pyszna szarlotka z budyniem

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 4 wrzesień, 2009

Mój mąż się nią zajada. Niby zwykła szarlotka z budyniem ale prawie jak niebo w gębie :) .

I podziele się przepisem:).

Składniki:
450 g mąki pszennej
250 g margaryny
1 szklanka cukru pudru
1 jajko
2 żółtka
2 łyżki gęstej kwaśnej śmietany
1 łyżeczka proszku do pieczenia

Wszystkie składniki zagnieść. Ciasto podzielić na 2 części. Jedną włożyć do lodówki, drugą na 2 godziny do zamrażarki.

Ponadto:
1,5 kg jabłek lub duży słoik prażonych jabłek
2 budynie waniliowe bez cukru (na pół litra mleka każdy) + 4 łyżki cukru
750 ml mleka
cukier puder – do posypania

Kwadratową blaszkę o boku 23 cm (lub nieco większą, ciasto jest wysokie) wyłożyć papierem do pieczenia. Rozwałkować ciasto z lodówki i wyłożyć do formy, ponakłuwać widelcem.
Jabłka obrać, pokroić w ósemki, wyłożyć na cieście ( lub po prostu wyłożyć jabłka ze słoika).

Budynie ugotować wg przepisu na opakowaniu, wykorzystując 750 ml mleka i 4 łyżki cukru. Gorący jeszcze budyń wylać na jabłka. Na budyń zetrzeć ciasto z zamrażarki.

Piec około 45 minut w temperaturze 200ºC. Po wystudzeniu oprószyć cukrem pudrem.

Przepis nie jest mój, pochodzi z www.mojewypieki.blox.pl gdzie przepisów na słodkości jest cała masa :) .

Niestety zdjęcia nie mam bo nie zdążyłam zrobić, ale nastepnym razem się poprawię ipstryknę fotkę.

Opublikowany w Bez kategorii | Zostaw Komentarz »

znowu marudzenie i skóra węża

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 3 wrzesień, 2009

Zmieniamy się. Z roku na rok, z dnia na dzień…zmieniamy się, i nie chodzi mi o zmiany fizyczne ale o psychiczne.

Zmieniamy przyzwyczajenia, myśli, humor, smak…wszytko. Zupełnie jak węże które zrzucają swoja skórę, my zrzucamy to kim jesteśmy by stać się kimś innym. Czy to mądrzejszym, sprytniejszym czy bardziej lub mniej otwartym na świat.

Właśnie znalazłam coś co pisałam dobrych kilka lat temu…dokładnie 8 lat temu, kiedy byłam 18-19 latką.
Plik nazywa się “Charakterystyka mnie wykonana przeze mnie samą:Pisana dnia: 10.09.2001; 05.11.2001″….najwidoczniej między przerwami na imprezy i wypady (!!) nudziło mi się.
A teraz żeby pokazać o co mi chodzi kilka punktów z mojej charakterystki pisanej przez samą siebie:
“Urocza Kochana Kochliwa Zwariowana Pełna pomysłów Rewelacyjna Wysoka (171 cm wzrostu) Zakręcona (na wszystkie strony) Cudowna Sexowna Pomysłowa Z wybujałą fantazją ( o i to, jaką!!!! Pewnie teraz znowu coś „fantazjuję”) Pozytywnie patrząca na świat Gaduła Mądrala Nie cierpię przegrywać Szalona ( i to, jak) ( ale nikt do mnie nie mówi: prrry szalona! I bardzo dobrze, bo to było by dość dziwne, gdyby ktoś chciał żebym przestała) Przyjacielska Cierpliwa tylko dla niektórych (wybranych) Okropnie niecierpliwa dla całej reszty świata…”

To tylko kawałek z mojego peanu na swoją cześć….ale czytając to uświadomiłam sobie jedno: jak dużo miałam wtedy pewności siebie, jak kochałam wszytko co robię, jak cieszyłam się każdym dniem jak wariat, jak uważałam siebie za kogoś pięknego ba nawet sexownego.
A teraz jakoś mi to przeszło. Przestałam pozytywnie patrzeć na świat, dowiedziałam się, że nie można być optymistą, lepiej chyba zostac pesymistą i ewentualnie cieszyć się z tego co się uda, bo napalanie się na jakąś rzecz, sprawę, która potem nie wypala nie ma sensu. Po co robić sobie niepotrzebną nadzieję?
Zwariowana, rewelacyjna, zakręcona to też byłam kiedyś. Wyrosła mi blokada, która nie pozwala na szaleństwa które wyprawiałam kiedyś…nawet jak sobie pomyślę, co ja kiedyś wyrabiałam to doskonale wiem, że teraz nawet połowy bym sie nie podjęła.Ze strachu czy z powodu pt “co sobie ktoś pomyśli” (a jeszcze niedawno miałam to bardzo głęboko gdzieś co ktoś sobie pomyśli na mój temat – ważne że ja wiem co ja i najbliźsi mi ludzie myślą).
A teraz największy bum- uważałam siebie za ładną – sexowną. Wielki stek bzdrur w tym momencie, bo ja siebie nie uważam ani za ładną ani za sexowną. Bardziej za myszę która gdzieś tam istnieje, której się nie widzi bo po co skoro nie chce być zauważona…no tak mam męża który przynajmniej mówi że wcale tak nie jest, że jestem piękna *(ale co on może innego mówić??). Nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się chociażby ładna, nie wspominając o byciu sexowną. Nie lubię patrzeć w lustro, bo zawsze widzę nie to czego bym oczekiwała…. A kiedyś było tak pięknie….

“Nie obejdę się bez ( i uważam, że świat bez tych rzeczy byłby do dupy): muzyki, przedstawienia „HAIR”, kina, moich przyjaciół, wygłupów, książek, horrorów, dużych psów, chłopaków, piwa, whisky z colą, coca-coli, komputera, Internetu, Techno, walkmana i discmana, lustra, ciuchów, (chociaż bez nich było by ciekawiej i…zimniej), czatów, głupich obrazków, kawałów, wkurzania ludzi, jachtów, morza, drzew, stodoły z siankiem, kwiatów, trawy (bez kupek), szybkich samochodów i sprawnych autobusów, biletu miesięcznego, kumpli z samochodami, aparatu fotograficznego i zdjęć, życzeń urodzinowych (i co tu ukrywać) prezentów, świąt Bożego Narodzenia, gorących imprez, DJ-i, słońca, plaży, wina, szampana, angielskiego, (gdy ktoś go nie zna) i bez (no teraz już nie przychodzi mi nic do głowy…) O! Już wiem bez tych z punktu wyżej…, Bez Metallicy, punktu G, oranżady, herbaty malinowej, Alcazelcera, nocy, dużych kubków na kawę i herbatkę, kawy z mlekiem i cukrem, landrynek, ciasta typu babka i sernika, czarnego zielonego żółtego białego i czerwonego koloru, zegarka, komórki i SMS-ów, cheepandailsów, Kubusia Puchatka i całego stumilowego lasu, basów, gry na gitarze perkusji saksofonie skrzypcach” ….pewne rzeczy wywaliłam bo heh jeszcze mój mąż przeczyta i będzie głupio….
Bez takich głupot nie mogłam się obejść…ludzie.
… jak ja bym chciała znowu się bez nich nie móc obejść.
Takie miłe, wariackie “odetkane” życie, bez martwienia się o to, że nie ma kasy, że pada, że pies coś rozwali, że trzeba zrobić obiad, że test znowu ma tylko jedną kreskę, że znowu trzeba zapłacić ratę, że trzeba iść do pracy, że nie można sobie kupić spodni bo są za drogie…

Bo jakoś mi jest ciężko…i nie wiem jak sobie z tym poradzić. A wrócić w przeszłość się nie da, żeby podkraść chociaż troszkę tej wariackiej energii którą się miało.
Pobiegać po plaży, pogadać z patykiem, porozrabiać w pubie i potańczyć na stole :) .

I tak człowiek się z biegiem lat zmienia. Nie jest już dzieckiem i chyba nic z dziecka w nim nie zostaje.
Stajemy sie poważni, zabiegani, zapatrzeni w przyszłość.
Taka kolej rzeczy.

Ale ja bym chciała czasmi powariować. Wyskoczyć ze starymi znajomymi i śpiewać na całe gardło po kilku piwkach na imprezie.

Opublikowany w Bez kategorii | Zostaw Komentarz »

takie bazgranie

Opublikował/a kozlowskagnieszka w dniu 23 lipiec, 2009

Nie ma to jak cierpieć na niemoc….ogólną, psychiczną, finansową, rozrywkową i tym podobną…

Każdy chyba coś takiego ma…ja nie lubię. Bo po co mi to? Człowiek wtedy myśli, a z myślenia (takiego myślenia) nic konstruktywnego nie powstaje.

Mamy urlop…i co z tego? nigdzie nie pojechaliśmy, nic nie zrobiliśmy, nic nic nic. Ciagle w domu. Pasjonujące prawda? Nawet nie chodzi o to, że nie ma gdzie, bo miejsce lub miesjca znalazłyby się na każdy dzień urlopowania…ale kasa… wieczny problem. Bez kasy nie ma wyjazdów.

I tak sobie jeszcze myślę o mojej pracy, że fajnie by było coś nowego znaleźć….Coś w czym człowiek by się sprawdził, zobaczył na co go stać. Nie żebym nie lubila mojej roboty…ale wiecie sami. Kasa z tego mała jest a będzie jeszcze mniejsza bo z pół etatu zlecę na 1/4 buuuu….. z drugiej zrezygnowałam bo szefowa tak mnie wkurzyła, że powiedziałam jej, że ja nie muszę z nią pracować skoro ona tak sobie ze mną pogrywa. Ona traci kadrowca nie ja. Ona nie będzie wiedziała co z czym i gdzie, a nie ja. Ja nie muszę słuchać, że mam iść (KUMACIE!!!!) podlać kwiaty w ogrodzie (!!!), że mam biegać po jej dokumenty, szukać, kserować itp. Nie muszę już słuchać jej tonu władcy i pana. Tak mnie zdenerwowała jednego dnia (właśnie tymi kwiatkami), że dałam jej wymówenie…na pytanie dlaczego odpowiedziałam jej oczywiście :) . Ja mam swoje obowiązki, które wykonuję najlepiej jak potrafię, moja praca nie polega na siedzeniu i marnowaniu czasu jeśli mam już wszytko zrobione…w każdej innej placówce idę do domu a nie siedzę i (jak to powiedziała mi owa dyrektor) mam kwitnąć do 15. OLAĆ TO. Nikt nie będzie mi “pyskować” nad głową i rozkazywać.

Ja nie mam nic przeciwko zrobieniu rzeczy wybiegających poza moje obowiązki, korona mi z głowy nie spadnie a ręce nie odlecą…ale jak ktoś mi po chamsku i niegrzecznie rozkazuje to niech się buja…ja nie muszę.

I zrezygnowałam z tej pracy, z takim człowiekiem nie pracuje się dobrze ani miło, a ja pozbyłam się guli w brzuchu w każde środy i piątki :) .

A w innej placówce baby weszły mi na głowę bo wg nich źle policzyłam urlopy…Glupie babska darły się tak, że cały budynek chodził. Myślałam, że je pozabijam. Ale nie dałam poznać tego po sobie, po co im dawać satysfakcję z wyprowadzenia mnie z równowagi. Pal licho to, że jak wróciłam do domu to myślałam, że mnie strzeli coś tak bardzo, że hej…. A najpiękniejsze jest to, że nie chodziło o ich urlopy, ani nawet nie walczyły o coś lepszego dla koleżanek. Po prostu się nie znają, myślały, że jak nie ma szefowej to sobie mogą…Konsekwencji nikt nie wyciągnie niestety ….im sie upiecze ale ze mną będą miały delikatnie mówiąc – nie fajnie.

Ja też potrafie uprzykrzyć życie innym :) . Szkoda tylko, że nie jestem ich szefem bo życie ze mną miałyby okrutne….a nie zrobiłabym nic co wykraczałoby poza ich obowiązki pracy <lol>…są inne sposoby np. prtzyczepianie się do wszytkiego, tak żeby musiałby poprawiać, doczyszczać i bardziej się starać…a jak nie to droga w świat jest wolna.:).

no…to pogadałam sobie.

Opublikowany w Bez kategorii | Zostaw Komentarz »